" />

Serwis bokserski

Bokserskie forum dyskusyjne

  • Nie jesteś zalogowany.

#1 2010-08-20 20:47:11

 Retush

Jaśnie Wielmożny Pan

9588324
Zarejestrowany: 2010-01-01
Posty: 416
Punktów :   

Andrzej Gołota-krótka historia

Urodził się 5 Stycznia 1968r. W Warszawie, w starej czynszowej kamienicy przy ul. Kruczej 15. „Przyszedł na świat z zaciśniętą piąstką. Lekarz, który przyjmował poród zażartował, że chyba urodził się bokser” – wspomina Jadwiga Romanek, siostra matki Andrzeja Gołoty.
Gdy Andrzej miał niespełna 3 lata, rodzice rozwiedli się. Z ojcem (Zmarł w 1992r.) syn właściwie nie utrzymywał kontaktów. Wychowywała go babcia oraz państwo Jadwiga i Zdzisław Romanowie. „Matka Andrzeja pracowała, robiła maturę w wieczorowej szkole. Nie miała czasu, aby zajmować się dzieciakiem, chyba nie przepadała za rodzicielskimi obowiązkami. Może chociaż będzie dobrą troskliwą babcią”-krótko podsumowuje tamten okres Jadwiga Romanek.
Uczył się w szkole podstawowej przy ul. ks. Skorupki, a następnie (po ukończeniu czwartej klasy) przy ul. Hożej. Był przeciętnym uczniem. „Bardzo zdolny, ale leniwy. Gdy groziły mu dwóje, brał się do nauki i błyskawicznie poprawiał oceny. Miał fenomenalną pamięć, która pozostała mu do dzisiaj, chociaż trochę ciosów w głowę zebrał. Zawsze rozmawiając z nim trzeba uważać. Stwarza wrażenie roztargnionego, nie wiadomo, czy słucha, a potem, po kilku miesiącach, potrafi dokładnie odtworzyć rozmowę, przytoczyć wszystkie argumenty.”(Zdzisław Romanek).
Po skończeniu podstawówki Zdzisław Romanek namówił Andrzeja do zdawania egzaminów do technikum budowlanego, chociaż przybrany syn wolał technikum samochodowe. Egzaminy zdał, ale nie został przyjęty, ponieważ lekarze stwierdzili u niego 10-procentowy daltonizm. Trafił więc tam gdzie chciał-do technikum samochodowego.

Nigdy nie był rozmowny, ciężko było z niego wydusić chociaż kilka zdań. „Jąkał się i to być może było powodem jego małomówności” – sądzi Zdzisław Romanek. Z powodu tej wady czasami stawał się obiektem żartów kolegów. Zwykle trwały one krótko, dopóki Andrzej nie zlał żartownisia.
„Raz wrócił jednak pobity. Pytam go, co się stało? Odpowiedział że pobił go starszy chłopak .- No to wezmę cię na bokserski trening – zaproponowałem. Marudził, bał się, że babcia i ciocia nie wyrażą zgody, ale go zaprowadziłem na Legię”(Zdzisław Romanek)
Trafił najpierw do nieżyjącego już trenera Tadeusza Branickiego, który sądził, że boksera z niego nie będzie, ponieważ „zamykał oczy zadając cios”. Potem jednak trafił pod kuratelę Janusza Gortata. „Trener Wasilewski przyprowadził mi młodego chłopaka. Stwierdził że może być z niego dobry bokser. Przekonałem się już o tym po pierwszym treningu. Chłopaczek miał niesamowite warunki fizyczne, był dynamiczny, strasznie mocarny w łapie. Bił jak smok” – barwnie wspomina pierwsze spotkanie z Andrzejem Gołotą Janusz Gortat.
W zawodach Pierwszego Bokserskiego Kroku wystąpił ze... sfałszowaną legitymacją szkolną. Był za młody by toczyć juniorskie pojedynki. Mimo to wygrał ze starszymi rywalami, w finale z Wiszniewskim z Gwardii. To był rok 1982. Nie powiodło mu się tylko na spartakiadzie młodzieży we Wrocławiu, gdzie w ćwierćfinale przegrał 2:3 z Gębką. Ani widzowie, ani sędziowie nie wiedzieli że w drugim starciu złamał rękę. Mimo to dotrwał do ostatniego gongu.
W 1985 Andrzej wyjechał jako jeden z polskich faworytów na mistrzostwa świata juniorów do Bukaresztu. W finale spotkał się z mało wówczas znanym Kubańczykiem Feliksem Salonem. Pojedynek był wyrównany, w pierwszej rundzie może nawet z minimalną przewagą Gołoty. Salon na wszystkich pozostałych rywali rzucał się jak dzikus, przed Andrzejem czuł jakby respekt. Chyba widział go w poprzednich pojedynkach obawiał się mocnych kontr.
W przerwie po pierwszym starciu trener kubański strasznie się zdenerwował, krzyczał na Savona. Zaraz po gongu Kubańczyk ruszył do ataku. Andrzej przyjął zaproszenie do wymiany, no i rozpoczęło się potężne bombardowanie.
Pod koniec drugiego starcia Andrzej otrzymał silny cios na splot słoneczny. Został wyliczony na stojąco Do wznowienia walki jednak nie doszło, bowiem trener Czesław Ptak rzucił na ring ręcznik na znak poddania.
„Co ja się potem nasłuchałem od Gołoty! Najpierw mnie przeklinał, potem nie chciał rozmawiać. Obraził się, był przekonany że mógłby przełamać kryzys i jeszcze powalić Savona. Był piekielnie ambitny. Ja nie chciałem jednak ryzykować. Kubańczyk kopał jak koń, jego ciosy mogłyby być niebezpieczne dla zdrowia Andrzeja, mogłyby zniszczyć jego karierę” – wspomina trener.
Być może trener Czesław Ptak miał jednak rację. Potem Salon zdobył 5 tytułów mistrza świata, dwukrotnie zdobywał olimpijskie złoto, okazał się wielkim bokserem. Ale i Gołota nie marnował czasu, chociaż po przegranej z Salonem był zupełnie załamany.
„Pomógł mu wówczas Janusz Gortat. On był dla Andrzeja największym autorytetem i do dzisiaj pozostał. Janusz miał podejście do Andrzeja. Wyściskiwał go, złożył gratulacje, zakazał martwić się, ponieważ został przecież wicemistrzem świata”. (Zdzisław Romanek).
W 1987 roku w hali Gwardii w Warszawie rozgrywany był turniej bokserski im. Feliksa Stamma. Wystąpiła w nim między innymi reprezentacja Kanady. Miała dwóch asów atutowych – Egertona Marcusa i Lenoxa Lewisa. Na Bielanach doszło do sparringów polsko – kanadyjskich.
„O Lewicie mówiło się, że może zostać mistrzem olimpijskim. Chciałem go zobaczyć i z ciekawości pojechałem do OPO – wspomina bokserski ekspert Janusz Pindera (wtedy dziennikarz „Sztandaru Młodych”). Najpierw trener Gimitruk wypuścił przeciwko Lewisowi Łukasika z Igloopolu. Czarny machnął kilka razy ręką i już było po Łukasiku.
Potem wszedł między liny Gołota. Stoczył z Lewisem wspaniały sparring, nie uląkł się rywala. Bardzo trudno było wskazać zwycięscę. Lewis walczył bardzo luźno, jakby ospale, aby potem błyskawicznie przyśpieszyć. Andrzej był również w wysokiej formie, imponował szybkością i kilka razy wstrząsnął Kanadyjczykiem.
Opiekunem kanadyjskiej ekipy był wówczas trener polskiego pochodzenia Matt Mizerski. Oficjalnie chwalił Lewisa, ale prywatnie wyrażał się o nim z przekąsem: „Podszyty tchórzem. Najbardziej interesują go pieniądze”.
W 1987 roku Hołota wywalczył w Krakowie mistrzostwo Polski seniorów. Rewelacyjnie spisał się na turnieju Strandżaty w Sofii, zwyciężając 3:2 znakomitego Kubańczyka Balado, przyszłego trzykrotnego mistrza świata i złotego medalistę olimpijskiego olimpijskiego Barcelony.
Zbliżały się igrzyska olimpijskie w Seulu. Gołota miał pewne miejsce w reprezentacji, ale zamiast zamiast Seulu omal nie wylądował w szpitalu.
„Spotkałem Andrzeja w warszawskim klubie Park. Byłem zaskoczony. Do wyjazdu na igrzyska pozostało niewiele czasu, a on bawił się w dyskotece.
- Redaktorze, strasznie ostro harowaliśmy na obozie w Cetniewie. Trzeba się trochę zrelaksować – wyjaśnił” – opowiada telewizyjny sprawozdawca Włodzimierz Szaranowicz.
Kilka minut później w dyskotece doszło do bójki, kilku ochroniarzy rzuciło się na Gołotę. Andrzej nie był winien, przypadkowo trącił jednego z ochroniarzy, przeprosił. Tamten jednak próbował go uderzyć. Zanim to zrobił, już leżał na parkiecie Na Gołotę rzuciło się pięciu następnych. Nie mogli mu jednak dać rady. Zdobyli przewagę, gdy jeden z nich zaszedł Gołotę od tyłu i zarzucił mu na głowę kurtkę.
„Wywleki go na dwór i zaczęli katować. Gołota tylko skulił się w kłębek, rękami chronił głowę, a tamci kopali go gdzie popadło, skakali na leżącego. Widać było, że są wściekli. Poszedłem i zagroziłem.
- Misie. Jeśli coś mu się stanie, ja nie dam się zastraszyć i zeznam w sądzie jak było – ostrzegłem.
- Spierdalaj, bo też oberwiesz – rzucił któryś. Inny mnie jednak poznał i przekonał kumpli że już Gołocie wystarczy. Zadzwoniłem do Leszka Święcickiego, lekarza kadry narodowej. A on wezwał pogotowie”. (Włodzimierz Szaranowicz)
Gołota wyglądał strasznie. Wydawało się że nie ma cienia szans, żeby zdążył wykurować się przed igrzyskami olimpijskimi. „Kilka dni później nie było na nim żadnych śladów bicia. Niewiarygodne. Rany goiły się na nim jak na psie” – śmieje się Janusz Gortat.
Na igrzyskach olimpijskich olimpijskich w Seulu Gołota szedł jak burza, pokonał Bułgara Rubinowa i Kenijczyka Obungę. W półfinale spotkał się z Koreańczykiem Baikiem Hyunem Menem. W drugiej rundzie, gdy Polak zaczął uzyskiwać nieznaczną przewagę, zawodnik gospodarzy zaatakował głową i rozciął łuk brwiowy Gołoty. Mimo protestów pojedynek został przerwany. Gołota dostał brąz.
Zaraz po dekoracji medalistów wagi ciężkiej Andrzej mógł spokojnie popatrzeć na finałowy pojedynek kategorii superciężkiej. Zmierzyli się w nim... Amerykanin Riddick Bowe i Kanadyjczyk Lennox Lewis. Przez przewagę w drugim starciu wygrał Lewis. Kto by wtedy przypuszczał, że już kilka lat później ta trójka będzie trzęsła zawodowym boksem?
O ile Bowe i Lewis nie ukrywali że olimpijskie medale zamierzają zdyskontować na profesjonalnych ringach, to Gołota nawet nie marzył o przejściu na zawodowstwo. W Polsce panowały wówczas socjalistyczne porządki, profesjonalny sport był wyklęty. Za olimpijskie medale w Seulu polscy sportowcy dostali po kilka tysięcy dolarów (za złoto – 10 tysięcy) tysięcy byli zadowoleni. I tak był postęp w porównaniu z Tokio, gdzie za olimpijskie złoto Jerzy Kulej dostał 30 dolarów. Dodatkowo jeszcze ministerstwo sportu zafundowało medalistą wycieczkę na wczasy z żonami lub narzeczonymi. Andrzej Gołota nie miał wówczas żadnej dziewczyny. Pod piramidy wyjechał z Agnieszką, córką państwa Romanków, którzy zajmowali się jego zachowaniem.
Państwo Romankowie nie pozwolą powiedzieć złego słowa na swego Żonusia (jak pieszczotliwie nazywali Andrzeja). Opowiadali jak troskliwie opiekował się Agnieszką, z każdego wyjazdu przywoził rodzinne prezenty. Zresztą obsypuje nimi członków rodziny do dzisiaj. „Niedawno złodziej ukradł nam Poloneza. Gdy Andrzej się o tym dowiedział, zaraz przysłał nam Toyotę Corolę z klimatyzacją, automatyczną skrzynią biegu” (Jadwiga Romanek).
Dziennikarze, nie znający tak blisko Gołoty, mieli jednak o utalentowanym bokserze trochę inne zdanie. Któryś rozgłaszał o awanturze Gołoty w knajpie na Ochocie, inny wyciągnął sprawę rzekomego gwałtu w Gdańsku i pobicia policjanta (oskarżenia nie znalazły potwierdzenia, żadna ze spraw nie trafiła nawet do sądu). Afera wybuchła dopiero na początku 1990 roku, po pobycie Gołoty we Wrocławku, i ciągnęła się za bokseremprzez kilka lat. Prawdę powiedziawszy dziennikarze zrobili z igły widły. Gdyby to nie był Gołota, nawet pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się tym, co zdarzyło się w maju 1990 roku w restauracji „Zazamcze”.
Powodem przyjazdu bokserskiej kadry do Włocławka było sparringowe spotkanie. Po oficjalnym sparringu Andrzej Gołota, Robert Ciba i Zbigniew Górecki wyruszyli „w miasto”, dotarli do knajpy „Zazamcze”. Tam doszło do szarpaniny pomiędzy dwoma podpitymi facetami: Hołotą i niejakim Pawłem Białostockim. Najbardziej poszkodowana w tej szarpaninie została koszula Gołoty. Hołoty tak się składało, że była to ulubiona koszula boksera, kosztowała aż 20 dolarów, co na tamte czasy było znaczną sumą. Gołota się wkurzył, postraszył miejscowego bohatera gazowym pistoletem (na który kilka tygodni wcześniej otrzymał pozwolenie). Za karę zabrał mu koszulę, spodnie i jeden but. Po wyjściu z restauracji wyrzucił całą ”zdobycz” do kosza na śmiecie.
Głupi żart. Gołota szybko zrozumiał, że, to co zrobił nie było ani dowcipne, ani zabawne. Sprawą zainteresowała się jedna ze sportowych gazet i z incydentu, jakich zdarzają się w knajpach codziennie setki, zrobiła się afera. Na niekorzyść boksera przemawiał fakt, iż do postraszenia Białostockiego użył gazowego pistoletu, który prokuratura uznała za niebezpieczne narzędzie. A napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia to już rozbój zagrożony karą co najmniej 5 lat więzienia.   
Prezesem Polskiego Związku Bokserskiego był wówczas mecenas Jacek Wasilewski. Prezes był ustosunkowany (bronił m.in. generała Wojciecha Jaruzelskiego) i kochał boks oraz pięściarzy. Gdy dowiedział się o kłopotach Gołoty, skontaktował się z prokuraturą we Włocławku. Sprawa stała się zbyt głośna, nie można jej było schować pod korcem. Wasilewski zdołał przekonać tylko prokuratora, że nie ma potrzeby stosować tymczasowego aresztu. Bokser bowiem będzie stawiał się na przesłuchania, co Jacek Wasilewski osobiście zagwarantował.
Andrzej Gołota jednak nie stawiał się ani na jedną rozprawę (przysłał zwolnienie lekarskie), ani na drugą. W tej sytuacji prokuratura we Włocławku wysłała za nim list gończy. Boksera nie było już jednak w Polsce.
Byłem ostatnim Polskim dziennikarzem, który rozmawiał z Andrzejem Hołotą przed jego wyjazdem do USA. Umówiłem się z bokserem w jego kawalerce przy ul. Koszykowej (ma ją do dzisiaj), rozmawialiśmy o jego kłopotach, planach sportowych. Gołota ani słowem nie wspominał o tym, że nie ma zamiaru stawiać się na rozprawę we Włocławku.
- To ja jestem w znacznej mierze winna. Gdy zadzwoniła ciocia i poprosiła o załatwienie zaproszenia na proces Andrzeja, zrozumiałam, że szykuje się pokazówka. Powiedziałam do Andrzeja: „Dziecko, chcą z ciebie zrobić kozła ofiarnego i wsadzić za kratki. Nie możesz jechać na ten proces” (Jadwiga Romanek).
Bardzo ciekawy artykuł o Andrzeju Gołocie,zapraszam do przeczytania.





No i Andrzej Gołota nie pojechał na proces do Włocławka. Zamiast we Włocławku wylądował w... Chicago. Jak mu się to udało? – zachodzili w głowę kibice, dziennikarze, działacze bokserscy. Plotkowano nawet że w ucieczce pomogła mu mafia pruszkowska.
- To nie była żadna ucieczka – wyjaśniają państwo Romankowie. Wyjechał najzupełniej legalnie, mając w paszporcie amerykańską wizę. A otrzymał ją, pomimo że jakaś „życzliwa” osoba wysłała do konsulatu wszystkie wycinki prasowe o awanturze we Włocławku. Gdy zjawił się na rozmowę, pani konsul wyciągnęła plik wycinków prasowych i oddała Andrzejowi na pamiątkę. Następnie wbiła mu do paszportu amerykańską wizę.
Gołota wyjechał do USA w ramach łączenia rodzin. Był już wówczas po ślubie z Mariolą, z domu Babich, obywatelką amerykańską, polskiego pochodzenia. Poznali się w Chicago w 1989 roku. Przedstawił ich Marek Piotrkowski, mistrz świata amatorów i zawodowców w kick boksie, wówczas chłopak Marioli. Gdy Mariola przyjechała z wizytą do ojczyzny, zaczęła spotykać się z Andrzejem. Owocem tego romansu była ukochana córka Gołoty – Ola.
W październiku 1990 roku w Warszawie odbył się ślub cywilny Andrzeja i Marioli. Dzięki temu Gołota mógł wyjechać do USA. Tam wzięli ślub kościelny.
W Chicago Andrzej opiekował się Oleńką, pracował na budowach, myślał o zawodzie kierowcy TIR-ów... „Widziałam jednak jak się męczył. Chyba, aby nie przewijać pieluch, przypominał sobie boks” – żartuje Mariola Gołota.
Ich małżeństwo przeżywało wzloty i upadki. Mariola studiowała prawo na Uniwersytecie Loyola, Andrzej długo nie mógł się przyzwyczaić do nowego życia: „A oboje są uparci, mają silne, dominujące charaktery. Dochodziło do konfliktów...” (Jadwiga Romanek).
Mariola podkreśla, że gdyby nie ciocia Jadwiga, to być może ich małżeństwo by się rozleciało: „Byliśmy już po rozwodzie cywilnym. Przyjechała jednak ciocia, załagodziła konflikty, wyperswadowała Andrzejowi, że powinien rozumieć inaczej rolę kobiety w małżeństwie, ja również przemyślałam swoje postępowanie.
No i wszystko wróciło do normy. Nie braliśmy powtórnie ślubu cywilnego, nadal jesteśmy związani węzłem kościelnym, co dla nas jako osób wierzących jest ważniejsze. Ale najważniejsze jest to, że my nadal się kochamy” – mówiła Mariola przed drugą walką Andrzeja z Riddrickiem Bowe’em.
Strasznie się wówczas denerwowała. 4 października znów będzie kłębkiem nerwów. Razem z cała rodziną Romanków, Januszem Gortatem, oraz setkami tysięcy polskich kibiców. Za oceanem i w kraju.
Andrzej Kostyra


Lou Duva o pracowitości Andrzeja Gołoty: „On zawsze wstaje o szóstej rano bez względu na to, która jest godzina” . 
                                                                               

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
sfgame wszyscy przeciwnicy w wieży jakie żarówki. do golf 4 www.sitegothic.pun.pl Przedmioty na A www.isha-koppikar.pun.pl